sobota, 19 października 2013

Do wszystkich wiernych czytelniczek Czarnej! :)

Nie chcemy dłużej trzymać Was w niepewności, czy pojawią się nowe rozdziały czy nie. Wolimy być fair.
Dlatego obie z bólem serca postanowiłyśmy zawiesić bloga do odwołania, za co bardzo przepraszamy. Niestety nie jesteśmy w stanie na chwilę obecną poświęcić mu choć odrobiny czasu. Studiujemy na kierunkach medycznych, które zabierają 3/4 naszego życia i ledwo jesteśmy w stanie ciągnąć nasze solowe projekty (albo i wcale ;p).
Jeśli tylko znajdziemy czas, pojawią się nowe pomysły, z chęcią wrócimy by dokończyć losy sióstr Czarnych.

Trzymajcie się ciepło, buziaki S. i Happ :*

wtorek, 17 września 2013

Siódma kropla.





Marcelina:

Siedzę nabuzowana w pokoju, zamknięta na cztery spusty. Z głośników laptopa leci “Kryzysowa narzeczona” przeplatana z “ Damą być”. W ręku trzymam żółtą piłeczkę od tenisa, którą walę o ścianę. Nie ma to jak moje metody na skupienie, które przy okazji wkurzają siostrzyczkę. Choć to ja powinnam przeprosić ją za tę umoralniającą gadkę, to tego nie zrobię. Marcelina Czarna to nie materiał na człowieka, który ukazuje skruchę!
Co róż spoglądam na stertę książek, które nieskutecznie próbują ukruszyć niewidzialną barierę w moim mózgu. Z każdą minutą głupiego wpatrywania się, mam coraz większą ochotę na to wszystko rzygnąć, a co najmniej splunąć! Wbiłam się w wyjściowy dresior i Air Maxy. Założyłam słuchawki i poszłam się dotlenić. Czy może być coś przyjemniejszego, jak bieg przed siebie? Zapewniam, że nie! Chyba, że po drodze spotkamy kogoś, kogo bardzo nie chcemy.
- Kogo moje oczy widzą - spojrzenie niezainteresowanego przechodniami Patryka, nagle się zmieniło. Czy mój widok był aż tak interesujący?
- Zombie - burknęłam wściekle i już miałam ruszać przed siebie, gdy skutecznie mnie zatrzymał.
- Co ty taka prędka? Nie porozmawialiśmy nawet? - ughh.. najchętniej strzeliłabym mu w ten uśmiechnięty pyszczek.
- Z burakami nie rozmawiam - postanowiłam zmienić podejście i stanęłam luźno, krzyżując ręce na piersi.
- Ja jestem burakiem? - zapytał oburzony, jakby nie wiedział. Widocznie nikt go jeszcze nie uświadomił, to musiałam być pierwsza.
- Owszem i to nie cukrowym, mój drogi.
- Jesteś niesprawiedliwa - obruszył się, bawiąc mnie tym niemiłosiernie. - Przestań się cieszyć, tylko daj się zaprosić na obiad, dziś o piętnastej - wbił we mnie wyczekujący wzrok, a ja nie za bardzo wiedziałam, jak się mam z tego wykręcić. - Przegiąłem kiedyś i chciałbym byś dała mi drugą szansę, a właściwie czystą kartę - wywlekł kolejne myśli na wierzch, powodując, iż zakrztusiłam się własną śliną. Czy ja się przypadkiem nie przesłyszałam? Nie no uszy myłam i czyściłam rano, dlatego też nie powinno być z tym problemu.
- Dobra - zaryzykowałam ciekawa zdarzeń - niech stracę! - Bądź po mnie za kwadrans - ulotniłam się, machając mu jedynie przed nosem swoją łapą.

Ubrana w czarne dżinsy, biały top i kurtkę, zeszłam na dół do czekającego na mnie Patryka.
- Nie powiem, szarpnąłeś się na lokal - zakpiłam, oglądając znaną mi już pizzerię "Gruby Benek", od zewnątrz. Postanowił chyba tego nie skomentować i otworzył przede mną drzwi jednocześnie nakazując wejście do środka. Usiedliśmy w kącie restauracyjki, by nikt nam nie przeszkadzał.
- Co zmawiamy? - podał mi kartę z propozycjami na zamówienie.
- Wegetarkańską - odpowiedziałam bez patrzenia.
- Chyba kpisz! Nie jestem królikiem, by jeść trawę - oburzył się, po czym ponownie zagłębił się w treść menu.
- Masz rację - wbił we mnie zdezorientowany wzrok - króliki są milsze - odgryzłam się. Spłonął rumieńcem, wprawiając mnie w uszczęśliwienie.
- Inteligentne - skomentował po chwili, wołając kelnera.
- Nie wątpię. Dużą wege, albo wychodzę - zaszantażowałam. Nie miał wyjścia i zamówił to co chciałam.
- Twoi rodzice mają z tobą niezłą zabawę.
- Czemu tak myślisz?
- Nie przebierasz w słowach, w środkach raczej też.
- Nic o mnie nie wiesz, a masz takie wnioski? - nie byłam zła. Ataki i głupie przypuszczenia to był mój żywioł.
- Ale jak tak się na ciebie z boku patrzy.
- To patrz z przodu, albo w ogóle. Z resztą, czemu nie spędzasz czasu ze swoją dziewczyną? Olała cię, czy jak? - słynęłam z niepohamowanej ciekawości.
- To już nie twoja sprawa - zacisnął pięść, próbując uspokoić nerwy.
- Dobra, nie gorączkuj się. Powiedz mi, czego ode mnie chcesz.
- Chcę poznać rudą dziewczynę i zobaczyć, czy moi kumple mają rację.
- Chcesz na mnie próbować? Źle trafiłeś, nie wskoczę ci do łóżka za głupią pizzę! - teraz to się na maxa wkurwiłam. Co to mają być do cholery za gierki? Chciałam coś jeszcze dopowiedzieć, ale kelner przyniósł nasze zamówienie i każdy wziął swój kawałek, zajadając się nim w ciszy.
- Ja tego nie powiedziałem - puściłam to mimo uszu i podkradałam mu brokuły, których skrupulatnie się pozbywał. - To ty to powiedziałaś - szepnął nachylając się, jednocześnie zmniejszając odległość między naszymi twarzami. Jego wiśniowe usta miałam na wyciągnięcie ręki. I nawet nie musiałam wielce walczyć ze sobą o to, czy ich posmakować, czy nie, gdyż zrobiły to za mnie. Mały, niewinny można by rzec pocałunek. Oderwałam się szybko, wracając do rzeczywistości. Rozglądnęłam się po raz ostatni po pomieszczeniu i wstałam. Uciekłam, zabierając swoje rzeczy.

Matylda:

Zapowiadał się tak beznadziejny dzień spędzony nad książkami, że na samą myśl o tym zbierało mi się na wymioty. A na smutki najlepsze jest dobre jedzonko. Idąc tym tropem, zaopatrzyłam się w pobliskim markecie w ziemniaczki i grzyby, z zamiarem usmażenia pysznych placków ziemniaczanych z sosem przepisu mojej kochanej mamuśki Judi. I wszystko byłoby dobrze, gdybym zmierzając do motocykla, nie spojrzała przez szybę pobliskiej knajpy. Czy mnie wzrok mylił? Nie! Tę rudą szopę włosów rozpoznam nawet na drugim krańcu świata, w okularach dla astygmatyka! Marcela całowała się ze Szczurasem, a jeszcze dzień wcześniej robiła mi burę za Psiaka! Wkurzona do granic możliwości przyglądałam się tej scenie, niemal przyklejając nos do szyby. Nie widzieli mnie - byli tak zaabsorbowani sobą - Ruda spłoszona walnęła buraka, a Patryk mrugał wciąż z niedowierzaniem oczami, trzymając usta w nierozerwalnym dzióbku. Złość przerodziła się w śmiech, gdy zobaczyłam siostrę wybiegającą z pizzerii, niczym strusia pędziwiatra, zostawiwszy Szczurka z rozdziawioną gębusią. Pognała w dół ulicą, a jej ogniste włosiska oślepiały swoją aureolą przechodniów.

Wpadłam do domu przed Marcelą, łamiąc po drodze wszystkie przepisy drogowe i niemal wpędzając w ostry stan przedzawałowy kilku kierowców. Rzuciłam się szczupakiem do kuchni, po drodze zrzucając buty i kurtkę, gdzie rozpoczęłam mityczne gotowanie. Nie chciałam dać znać po sobie że cokolwiek widziałam. To ona musiała sama opowiedzieć o całuskach i miziankach w Grubym Benku.
Trzasnęły drzwi i obok zmaterializowała się lekko niemrawa Marcelina. Łypnęłam na nią swym niebieskim okiem, próbując wybadać zamiary diablicy. Jednak zamiast się po ludzku przywitać, ta zaczęła mi tu wzdychać nad patelnią, skąpaną już w gorącym oleju.
- Wzdęcia masz czy co? - warknęłam, gdy kolejne melancholijne chłypnięcie wypłynęło z jej piersi odzianej w zielonkawy sweter.
- Ty wiesz co, Matt? Czasem się zastanawiam jakie mamy wspólne geny. Bo w tobie zero jakiegoś hm… - tu zmarszczyła swoje białe czoło w zamyśleniu - wyczucia? Wrażliwości? - rozsiadła się za stołem i przyglądała moim poczynaniom. Buzowało we mnie od środka, ale nie mogłam teraz pozwolić na erupcję tego wulkanu emocji, którego później nigdy nie umiałam opanować. Dlatego walnęłam tylko drewnianą łychą w stół, a Ruda aż podskoczyła na krześle i wybałuszyła swoje brązowe ślepia.
- Fajnie było w mieście? - spytałam podejrzliwie, gdy już patrzyła prosto na mnie i nie mogła uciec wzrokiem.
- A fajnie - uśmiechnęła się pod nosem, tak irracjonalnie do swoich słodkich myśli. Fu! Pewnie miała przed oczami dzióbek Partysia...
- No to się cieszę - zachichotałam niczym mały karzeł z bajki dla dzieci- bo ja miałam tę przyjemność cię widzieć. I to nie z byle kim! - tu zawiesiłam wzrok, podnosząc napięcie - samym Szczuraskiem!
- Matylda, ty chamico, śledziłaś mnie? - krzyknęła rozeźlona, ale odsunęła się ode mnie, gdy wbiłam w nią zachlapaną olejem łyżkę.
- To ostatnia rzecz na którą miałabym czas i ochotę. Przypadki jednak chodzą po ludziach, mała. I co mi teraz powiesz, hm? Bo jeśli mnie wzrok nie mylił, to obściskiwałaś się z nim w Grubym Benku! - wrzasnęłam na cały dom, aż pewnie nasi mili sąsiedzi z parteru słyszeli gdzie i z kim szlajała się moja siostra.
- Dobra, pani detektyw. Tak było, no - plątał się jej język ze zdenerwowania, twarzyczka oblała purpurą i nawet zrobiło mi się jej żal. Ale przestałabym się nad nią znęcać tylko pod jednym warunkiem…
- Że odpuścisz mi Haina.

*

Po odprężającej kłótni z siostrzyczką i zakończeniu definitywnie sprawy wspólną ucztą z placków, postanowiłam załatwić jeszcze jedną sprawę niecierpiącą zwłoki. Do książek i tak nie miałam już dziś głowy, więc tylko wsiadłam na Harleya i spuściłam na to wszystko zasłonę dymu spalinowego. Nie przewidziałam tylko jednego - że był piątek, a tym samym zamiast treningu, Piesek miał dziś mecz.
Stado rozszalałych nastolatek zepchnęło mnie na barierki odgradzające boisko od trybun i poczułam że placki mają ochotę przejść się na spacer. Na widok Haina rozciągającego się na boisku miałam ochotę dać drapaka, ale już zdążył zobaczyć mnie w tej ekwilibrystycznej pozie i wyszczerzyć zęby w drapieżnym uśmiechu. Zanim się obejrzałam, napakowany goryl odsunął dla mnie barierkę na żądanie Piotrka, który stanął przede mną w całej swojej spoconej okazałości.
- Już się stęskniłaś, Matt? - zachrypiał mi do ucha aksamitnym głosem i mimo protestów, zamknął w swoim stalowym uścisku.

S.: Na wstępie muszę Was wszystkie przeprosić, że mamy taką obsuwę w dodawaniu rozdziałów. Po raz kolejny musimy się tłumaczyć, ale tak wyszło, no. Mam nadzieję że chociaż troszkę zrekompensowałyśmy Wam to oczekiwanie treścią :D Placuszki zainspirowane ostatnim odcinkiem MasterChefa.
Całuję wszystkie i każdą z osobna, S. :*

Happiness: Ja też nie jestem w tej obsuwie bez winy, dlatego również Was za to przepraszam. Coś mi się ostatnio nic nie klei, ma ktoś zapas mąki? Nie będę więcej Wam tu pisać, bo jak to w przeziębieniu, nie trudno o bredzenie. :)
Trzymajcie się ciepło!
Ściskam każdą mocno, Happ ;*





wtorek, 20 sierpnia 2013

Szósta kropla.


Marcelina:

- Co tu się dzieję? - wpadłam do salonu, zastając Matyldę i Piotra w dość dwuznacznej sytuacji.
Moja wściekłość sięgała zenitu widząc zalaną w trzy dupy siostrę i jej nowego kochasia. Ciekawe który kac byłby z rana potężniejszy: pijacki, czy moralny? Intuicyjnie stawiam na drugi.
- My, my... - bełkotała.
- Bawiliśmy się - dokończył Psiak, po czym oboje zanieśli się śmiechem.
- No to już zakończcie te schadzki po pijaku - huknęłam - macie pięć minut na pożegnanie - trzasnęłam za sobą drzwiami i poszłam do kuchni po Sopocką.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie zniknęła jak kamfora, a jej brak jeszcze bardziej potęgował moją złość.
- Pa! - usłyszałam krzyk naszego gościa zza klatki.
- Ja pierdole, Matt, co ty odstawiasz? - stanęłam na przeciwko siostry, która leżała na kanapie wgapiając wzrok w wyłączoną plazmę.
- Nie drzyj się tak, idiotko - rzuciła we mnie poduszką, którą złapałam, zanim doleciała.
- Kto tu jest idiotką?! Ja przynajmniej nie wlewam w siebie czystej i się nie całuje się z facetem, wcześniej zakładając, że mnie nie interesuje - poduszka wylądowała na jej twarzy - jutro mamy być u ojca, z rana - porę dnia zaznaczyłam specjalnie, by zrozumiała powagę sytuacji.

Ojciec nie znoszący sprzeciwu zażyczył sobie widzieć nas na śniadaniu. Obie skacowane, podobne do trupów z prosektorium uwijałyśmy się w miarę zwinnie. Milczałyśmy, gdyż w głowie Matt nadal siedziała moja interwencja.
Punkt dziewiąta stałyśmy pod domem Jurka i czekałyśmy, aż szanowny kamerdyner nam otworzy. Przywlekł się w końcu po pięciu minutach z tym swoim udawanym zacieszem, od którego cała zawartość mojego maluczkiego żołądka przewracała się jak opętana.
- Witam drogie panie, zapraszam do środka - wskazał ręką na wytrawnie urządzone wejście.
- Darował byś sobie te przyjemności - rzuciłam.
Szybkim krokiem udałyśmy się do jadalni i zasiadłyśmy do suto zastawionego stołu. Zajęłam miejsce koło ciotki Henryki, skazując Matt na Heńkę. Po wczorajszej akcji, mało mnie obchodziło jej dobro.

O interesach przy stole w naszym domu się nie rozmawiało, więc każdy w ciszy pożerał to, co akurat miał na talerzu. A takowe tematy poruszał już w we własnym, bardzo zwężonym gronie.
- Dziewczyny, musimy porozmawiać - zarządził rodziciel, zakładając swe Ray Bany na nos i kierując się w stronę ogrodu. Zajął środkowy fotel, by po boku mieć swe dzieciny.
- Najukochańsze córeczki tatusia - zaczął swój wywód.
- Nie masz więcej córek, więc się nie wysilaj, chyba że o czymś, a raczej o kimś nie wiemy - przerwała mu czarnowłosa bestia.
- Wszystko wiecie, moje drogie - pogłaskał nas po czuprynach, choć próbowałyśmy się bronić - lepiej powiedzcie jak nasze sprawy.
Podałyśmy ojczulkowi kartki z całkowitym wyliczeniem sprzedanego towaru, przeliczył coś na palcach i z dumą spojrzał na nasze oblicze.
- Brawo! Na dobry początek zarobioną forsę macie dla siebie, ale radzę się nie przyzwyczajać - złożył dokładnie każdy papier i schował je w bocznej kieszeni - jutro Mietek dowiezie wam kolejny wór.

Dość szybko załatwiłyśmy biznesowe sprawy i poszłyśmy porozmawiać z resztą rodziny.
- Witaj mamo! - przytuliłam się do swej rodzicielki, która w skupieniu wpatrywała się w ekran laptopa.
- Jak zawsze mi przeszkadzasz - zaśmiała się, przytulając mnie mocno do siebie i sprzedając soczystego całusa w policzek - właśnie szukałam kiecki na urodziny babki Lodki.
- Może ci pomóc? - zaproponowałam.
Od małego uwielbiałam się stroić, bez skrupułów trwoniąc kasę ojca na ubrania i kosmetyki; w przeciwieństwie do Matyldy, której było co innego w głowie.
- Ta kremowa będzie idealnie podkreślała twoją opaleniznę - przyznałam szczerze.
Mama zgodziła się ze mną i zamówiła ową kiecunię, po czym wybrałyśmy resztę pasujących dodatków.
Wyszedłszy od niej, w korytarzu spotkałam Kubusia, który bardzo chciał się z kimś pobawić. Biedny dziewięcioletni braciszek był głodny towarzystwa. Kolegów ze szkoły nie mógł zaprosić, gdyż ojciec nie zgadzał się, by jakikolwiek intruz zawitał do naszej posiadłości. Dokładnie znam ten ból, choć ja miałam przy boku Matyldę. Razem byłyśmy niebezpiecznym teamem, co ojciec poczuł na własnej skórze, a raczej w portfelu.

Matylda:

Po tym, jak Marcyśka przyłapała nas na gorącym uczynku, czułam się dziwnie. Serio. Spoglądając ukradkiem na Rudą, zastanawiałam się, co kryje jej głowa. Nie dając nic znać po sobie, z uśmiechem witała się z tatulkiem, a obiad z obleśną ciotką Heńką minął nam w milczeniu. Nie miałam dziś nastroju na kłótnie z ojcem, tym bardziej że objawy kaca stulecia dawały mi się mocno we znaki. Z trudem przełknęłam kilka ziemniaków i dziabnęłam mięsa żeby nikt się nie czepiał. Oczywiście ciotka z wąsem zauważyła odbiegający od normy brak mojego apetytu.
- Maciu, coś dziś nie jesz kochanie, może ty chora jesteś? - zachrypiała wyniszczonym od papierosów głosem i przyłożyła mi tłustą dłoń do czoła. Odwróciłam wzrok od mokrej plamy, która zbliżyła się do mnie niebezpiecznie wraz z jej uniesioną pachą. Zajechało starawym zapachem ciotki Henryki niezmiennym od dzieciństwa, aż musiałam wstrzymać oddech.
- Nie, wszystko jest dobrze ciociu - wycharkałam, powstrzymując odruchy wymiotne. Z ulgą przyjęłam zakończenie posiłku i przeniesienie się do ogrodu. Słabe już o tej porze roku słońce nie potrzebowało ochrony szkieł, ale Jurek i tam musiał założyć swoje kultowe Ray Baniki.

Biznes z naszym ojcem należał do jednej z przyjemniejszych części naszego życia. Nie mówię tu o rozdawaniu narkotyków młodym ludziom, ale to, że miałyśmy z tego niezły szmal. Mimo że byłam generalnie wrogo nastawiona do świata, szczególnie jego męskiej części, to czasem pojawiały się lekkie wyrzuty sumienia. Usprawiedliwiałam się tym, że kto nie chciał, nie musiał brać. Jego sprawa. Jego życie i zdrowie. A towar zawsze był czyściutki, bez żadnych domieszek. To musiałam przyznać Jurkowi - nie truł ludzi zbędnym proszkiem. Czysta amfa, koka i łagodniejsze środki jak maryśka, były pierwsza klasa. Nikomu jeszcze nic się nie stało po naszych dostawach. Gdy Miecio poszedł ładować kolejną porcję, mającą wylądować w naszej piwnicy jutro, w późnych godzinach nocnych, wyskoczyłam do domowej plantacji, osadzonej w malowniczej rzymskiej piwniczce. Nazrywałam trochę świeżych oraz tych już ususzonych liści by móc tworzyć różne kombinacje skręcików i schowałam do specjalnie przyszykowanego worka. Marcela będzie mi wdzięczna jak się jej zachce bucha, a oczywiście pomóc to już nie łaska! Musiała iść do Ilony, swojej ukochanej mamuśki.
Dokończyłam cichaczem swoje zbiory, schowałam w czeluściach garbusa siostrzyczki i lekkim krokiem ruszyłam w stronę mojej części domu. Od wejścia poczułam charakterystyczny zapach małego dziecka. Po chwili ujrzałam swoją rodzicielkę, przewijającą mojego braciszka.
- Cześć mamuś - objęłam ją od tyłu i wtuliłam się w jej chłodny kark.
- Uuuu, ale żeś pobalowała - zaśmiała się Judyta i odwróciła, by obejrzeć mnie z góry na dół.
- Ja, wcale nie… - zaprzeczyłam gorąco, ale matka i tak wiedziała swoje.
- Już ja tam wiem, nie ściemniaj mi tu - pogroziła wskazicielem i przeniosła wiercącego się smyka na podłogę - ale ta siostra nas kłamie, co, Tomuś?
- No dobra, masz mnie. Ale to tylko raz jeden - zaśmiałam się i podniosłam braciszka z ziemi. Nie mogłam się powstrzymać by go nie dotknąć. Chłopczyk zaśmiał się perliście i pacnął mnie po nosie.
- Lala! - zaświergotał, a strużka śliny wylała się z jego usteczek.
- Stęskniłam się za tobą, kochanieńki - pocałowałam go w drobną rączkę, na co odwrócił zdegustowany główkę.
- Daj lizaka! - rozkazał, wiedząc że jak zawsze mam dla niego słodki prezent.
- Ale jesteś przebiegła bestyjka! - zaśmiałam się i wyciągnęłam z kieszeni upragnioną zdobycz. Tomuś chwycił szybko plastikowy patyczek w rączkę i zacisnął mocnym uściskiem. Nawet gdyby ktoś próbował, nie dałby rady odebrać mu słodkości. Siadłam z malcem w fotelu i pomogłam odpakować lizaka z folii.
- Urósł, nie? - mama ruszyła porozumiewawczo brwiami, zajmując miejsce naprzeciwko nas.
- Nie wierzę że ma już 2,5 roku! - pokiwałam głową i pogłaskałam ciumkającego braciszka po ciemnych włoskach - dopiero co się urodził…
- Ale charakterek ma zupełnie jak ty, Mat - zaśmiała się Judyta i wzięła do ręki starą gazetę - córeczko, widziałaś to?- zawiesiła niebezpiecznie głos.
- Chodzi o ten kolejny narkotykowy zgon? - odgadłam jej przypuszczenia, na co tylko skinęła głową.
- Proszę, uważajcie. Nie chcę żebyś próbowała tego świństwa, albo co gorsza ktoś was nakrył - wyraziła swoją troskę, co jak na nią, było dość niecodzienne. Moja matka należała do ognistych, mocno stąpających po ziemi kobiet i to po niej miałam większość swoich cech charakteru, z których zresztą byłam niezmiernie dumna.
- Wiesz jak jest, nie? Jurek zapewnia towar, my jesteśmy dyskretne - ściszyłam głos, nie chcąc by słowa dotarły do Tomeczka, bawiącego się teraz w kącie pokoju, gdzie miał swoje zabawki.
- Wiem, wiem. Ale mimo wszystko się martwię - skrzywiła się i chwyciła mnie za rękę.
- Będę ostrożna, Judi. A teraz musimy już lecieć - westchnęłam smętnie, cmoknęłam ją w policzek i pobiegłam do siostrzyczki. Gwoli ścisłości, przyrodniej rudej małpy.

Ojciec stał przed domem niczym jakiś włoski mafiozo i wydawał ostatnie rozporządzenia dotyczące kolejnych transportów w okolicy. Miecio uściskał nas serdecznie, dał każdej po stówce do kieszeni i zamknął za nami drzwi czerwonego samochodu. To on traktował nas bardziej jak swoje córki niż boski Juras. Smutna prawda. Nasze życie było dość pokręcone, ale przynajmniej rozrywkowe i niecodzienne. Zawsze to jakaś odmiana dla szarej Olsztyńskiej rzeczywistości.


S.: Cześć i czołem! Od razu chcemy przeprosić Was za tę długą zwłokę w dodawaniu rozdziałów, ale tak wyszło. Najpierw wakacje, potem brak weny (szczególnie mojej -.-). Teraz postaramy się Was nie zaniedbywać i odsłaniać kolejne aspekty życia sióstr Czarnych nieco częściej :* Piszcie, komentujcie, bo to daje kopa do dalszego pisania! :) Całuję Was serdecznie, eSia :*
Happiness: Witajcie Kochani! Wróciłam ze swoich przedłużonych wakacji i będę mogła już swobodniej pisać swoje części. ;) Do przeprosin i obietnic mojego Klona podpisuję się rękoma i nogami. ;) Zapewne każda będzie wściekła na Marcelę, za przerwanie gorącej sceny, ale musicie Jej to wybaczyć :D Piszcie, komentujcie, pytajcie na askach. Buziaki, Wasza Happ ;*

ask -> S                                                                                                                 ask -> Happiness
                                                                                                                                       

czwartek, 1 sierpnia 2013

Piąta kropla.


Marcelina:

Połowa października właśnie mija i na dobre zaczynają się uczelniane zajęcia. Musiałam wstać przed szóstą, co sprawiało iż wyglądałam jak zombie i lepiej, by mnie nikt w takim stanie nie widział. Pospiesznie doprowadziłam się do stanu względnej używalności i poszłam pobiegać, a raczej samotnie pokontemplować z coraz mniej sprzyjającą naturą. Czy nikt w tej pipidówie nie biega sobie w okolicy? Nie mam do kogo gębusi otworzyć, oprócz zbłąkanego kota, zwanego Fredziem. Lubiłam go dlatego, że był rudzielcem i za każdym razem sympatycznie mnie witał. Zrobiłam mu nawet niewielką budkę i co rano zanosiłam żarełko. Gdyby Matt lubiła kociaki, to zapewne już dawno spałby w moim pokoiku.

Wbiłam do domu, sprintem przyszykowałam się do wyjścia i w locie złapałam nienaruszonego tosta Matyldy z Nutellą, ukradłszy wcześniej dwa łyki kawy. Jak to już w moim przedziwnym życiu bywa wszystko robię w biegu, przy okazji zapominając po drodze o czymś ważnym i gubiąc drobiazgowe rzeczy. Mało co nie spóźniłam się na wykłady z socjologi prawa u profesor Ziemiańskiej - najostrzejszej babki świata, u której zaliczenie miejscami graniczy z cudem. Sama się zastanawiam, jaki chuj mnie posłał na tę kryminologię i z jakiej przyczyny się na to zgodziłam. Jedyne na co nie mogłam zdecydowanie narzekać, to na przystojnych gości na wydziale. 

- Będziesz dziś w klubie? - spytała Karolina, która organizowała spotkanie dla całej naszej grupy.
- Jasne! - nie od dziś wiadomo, że Marcelina nie odpuści żadnej imprezy, na którą jest zaproszona, zwłaszcza, że może przy tym ubić niezły interes. 
- To do dwudziestej w "Artonie" - poinformowała - a teraz się zbieram. Do zobaczenia! - pożegnałyśmy się buziakiem w policzek. Poczłapałam leniwie do stojącego na kortowskim parkingu "Staszka". Nie obchodziło mnie to, że mam kwadrans do domu i spacer byłby korzystniejszy dla matki Ziemi.

***

Przygotowana na wiele ewentualności, spakowałam w dyskretne miejsce różnoraki towar, pozwalający zabawić się nam na całego. Złotawa kiecka idealnie podkreślała wszelakie atuty mojej figury, do tego makijaż zrobiony przez Matt i spokojnie mogłam lecieć na dżamprezę, na którą zabierze mnie taksówka.

Alkohol leje się bez umiaru, przyniesiony przeze mnie bonus rozszedł się jak świeże bułeczki, aż Matt musiała dowieść kilka paczuszek. Zdecydowanie za ostro, ale mnie to nie obchodziło, ja pozbierałam stałą klientelę do odkurzania białawych proszeczków. 
- Hej! - usłyszałam dobrze sobie znany głos i poczułam jego ręce na biodrach. Zdjęłam je i nie odwracając się poszłam do baru po Krwawą Mary. 
- Kurwa, śledzisz mnie? - zauważyła, że Szczurek dosiada się do niej. 
- Nie, jestem tu z kolegami - zamówił dla siebie duże piwo - zauważyłem i podeszłem.
- Podszedłem, jak już! - zakpiłam z tak prostego błędu. 
Na jego twarzy pojawił się rumieniec, który dodawał uroku, ale nie mogłam się w to dłużej zagłębiać.  
- Teraz możesz już odejść. Przywitałeś się i wystarczy - zakomunikowałam ostro.
- A co, jeżeli zostanę? - na gębusi miał cały czas cwaniacki uśmiech, który z miłą chęcią bym zamieniła na coś innego.
- Uczepiłeś się mnie, jak rzep psiego ogona. Nie możesz tak po prostu sobie odpuścić i zająć się kimś innym? - wybuchłam, nie mogąc już znieść jego osoby.
- Nie, jesteś moim celem - zakrztusiłam się pitym akurat już kolejnym drinkiem. 
- Kpisz sobie? Ja nie jestem niczyim celem! - wbiłam wskazujący palec w klatkę piersiową tego pieprzonego Patryka.
- Spokojnie, złość piękności szkodzi - zakpił. 
Niech mi ktoś powie, co on ćpa? Na imprezie był miły, a teraz?
- Masz rację, tobie już nic nie zaszkodzi - wylałam na niego kolejnego zamówionego drinka, po czym jak gdyby nigdy nic sobie poszłam. 


Matylda:

Ja i moja uczelnia to zdecydowanie połączenie niekompatybilne. Jeśli ktoś kiedyś powiedział że studiowanie psychologii będzie „fajne”, to zapraszam na moje miejsce na jeden dzień. Nie przeczę, studia były ciekawe, szczególnie gdy przychodziłam po kilku głębszych. A już mając za sobą wypalonego blanta, zbierało mi się na głębokie myśli i mogłam prowadzić filozoficzne polemiki z wykładowcami.
Jednak najtrudniejsze były dla mnie poranki. Nienawidziłam wstawać o świcie. Byłam nocnym markiem, kładłam się spać czasem i nad ranem, żeby potem byczyć się do południa w łóżku. A zwlekanie się przed 7 rano z łóżka graniczyło z cudem. Jednak nieubłagany budzik z ostrą rockową nutą jak na złość nie był łaskawy się zamknąć i chcąc nie chcąc, musiałam otworzyć zapuchnięte powieki.
- Marcela?!- krzyknęłam zaspanym głosem, ale odpowiedziała mi tylko cisza. No tak, zapomniałam że Ruda codziennie biega, i nawet dziś, w dzień zajęć, nie mogła sobie odpuścić. Poczłapałam półprzytomna do kuchni, i wyciągnąwszy z lodówki co pierwsze nawinęło mi się pod rękę, przygotowałam śniadanie. W międzyczasie, gdy kawa stygła, wzięłam szybki prysznic i maźnęłam się po rzęsach tuszem. Przeczesałam palcami krótkie włosy i pognałam jeść. Co zastałam?! Pusty talerz, i ślad błyszczyka na kubku z kawą. Rudej oczywiście nie było, pognała już na uczelnię. Wściekła zrobiłam sobie następnego tosta z Nutellą, dopiłam błyskawicznie czarny płyn i pognałam do motocykla.

Wpadłam spóźniona na zajęcia, gdzie właśnie wykładowca omawiał Psychoanalizę Freuda. Widząc mój krzywy, przepraszający uśmiech, tylko skinął głową. Dzięki swojemu udziałowi w jego polemikach, zjednałam sobie sympatię tego tatusiowa tego brzuchacza. Walnęłam czarną torbę obok najprzystojniejszego faceta w grupie, którego unikały wszystkie lasencje z powodu jego ciętych i dość nietuzinkowych komentarzy. Mnie nie przeszkadzał, wręcz uwielbiałam ucinać sobie z nim słowne potyczki w przerwach między zajęciami. Słuchałam paplaniny Gburka i w myślach analizowałam swoje sny. Ten pieprzony Hain śnił mi się dziś ze swoim smętno- władczym spojrzeniem, i nijak nie mogłam go wyrzucić z głowy. Jak to mówi zacny wariat Freud? Podświadomie go sobie wyśniłam? Chcę Psich Tęczówek do czegoś więcej? Mimowolnie się skrzywiłam, na samą myśl o takiej możliwości.

Ruda ciągnęła mnie na imprezę, gdzie towar szedł jak świeże bułeczki. Ale totalnie nie miałam ochoty. Dziś miałam jeden z nielicznych dni zapijania smutków. W samotności. Pozostała wódka z imprezy czekała na mnie w lodówce, zrobiłam zapas Sopockiej i mogłam w spokoju rzucić się na dobry kryminał czekający od dawna na przeczytanie. Wyprawiłam Marcelę do „pracy”, wcześniej malując jej na buźce artystyczny makijaż i zagłębiłam się w fotelu. Przy którymś rozdziale postanowiłam że czas na moją przyjaciółkę wódkę. Jednak nie dane mi było wypełnić koleżeńską powinność, bo zadzwoniła przebrzydła diablica z płaczem że skończył jej się zapas. Z bólem serca odstawiłam Wyborową do lodówki, mrugając do niej na znak że za niedługo wrócę i pognałam do wiadomego klubu.

Wracając, przygazowałam, żeby jak najszybciej znaleźć się w ciepłych skarpetach i kiełbaską w ręce, z butelką na kolanach. Wbiegając po schodach, zauważyłam jakiegoś menela siedzącego na moim półpiętrze. Już miałam go skopać, gdy ten zdjął kaptur i wprawił mnie w totalne osłupienie.
- Co tu do kurwy nędzy robisz? - warknęłam, wyjmując klucze z kieszeni.
- Przyszedłem cię odwiedzić - pewny siebie wstał i oparł się o ścianę- siostrzyczka w domu?
- Nie. Zmywaj się stąd, Hain - próbowałam go przepędzić, ale stał gdzie wcześniej niewzruszony.
- Tym lepiej- uśmiechnął się drapieżnie, i wszedł za mną do mieszkania.
- Nie wiem dla kogo - skrzywiłam się i skierowałam od razu do kuchni- miałam w planach samotne picie i obżeranie się kiełbasą, ale oczywiście musiałeś mi przeszkodzić, palancie - z niechęcią spojrzałam na niego i wyjęłam rarytasy.
- Takiej dziewczynie nie przystoi pić samej - pokiwał mi palcem.
- Co ty mi tu kiwasz, Patyczaku? - warknęłam wściekła- a poza tym jaka dziewczyna, co?
- Ładna- uśmiechnął się z rozbrajającą szczerością.
- Według ciebie jestem ładna? - zachichotałam z tego absurdu i odgryzłam kęsa Sopockiej.
- Nawet bardzo - zbliżył się do mnie na niebezpieczną odległość - daj spróbować - wyciągnął rękę, na co niechętnie się podzieliłam.Przenieśliśmy się do salonu, gdzie mogłam spokojnie wyłożyć się na miękkim dywanie, a Hain wyciągnąć swoje długie nogi i oprzeć o fotel.

- Myślałam że sportowcy nie piją- przyjrzałam mu się uważnie, kiedy ciągnął kolejnego hausta Wyborowej.
- To źle myślałaś - wyszczerzył się - skąd wiesz że jestem? - przyjrzał mi się uważnie.
- Na imprezie wszyscy o was gadali - przygryzłam wargę, zdając sobie sprawę jak to zabrzmiało - i na obiadku mówiłeś że wracasz z treningu, nie?
- Łączysz fakty, Złotko - przyglądał mi się z tajemniczym błyskiem w oku. Czułam jak alkohol zaczynał mnie znieczulać i powoli przestawałam dbać o to co myśli.
- Nie jestem twoim Złotkiem - warknęłam i podniosłam się do pozycji siedzącej, wbijając mu palec w klatkę piersiową.
- A ja sądzę zupełnie inaczej, Matt... - szepnął, chwycił mnie za nadgarstki i zbliżył swoją twarz do mojej. Owionął mnie jego ciepły oddech i po chwili poczułam jak łączy nasze wargi. Przeszył mnie delikatny prąd i szarpnięciem uwolniłam dłonie z jego uścisku. Tylko zamiast odepchnąć go od siebie, jak nakazywał mi racjonalny umysł, wplątałam palce w jego włosy. Włożył mi ręce pod pośladki i posadził sobie na kolanach, na co też nie zgłosiłam sprzeciwu, Miażdżył moje usta swoimi ciepłymi wargami, błądząc wielkimi łapskami po plecach. Chwyciłam go mocniej za włosy i delikatnie szarpnęłam. Jęknął i rozchylił mi wargi językiem, zaczynając ich szaleńczy taniec. Było mi coraz cieplej. Moje ręce powędrowały pod jego bluzę, badając to co dawno chciałam poznać. Dotykałam stalowych mięśnie palcami, co skwitował przygryzieniem płatka mojego ucha. Zachłannie wpiłam się z powrotem w jego usta, napierając na niego całym ciałem. Co ja kurwa robiłam?! Psie Tęczówki być może wykorzystał okazję- to, że zwyczajnie się upiliśmy, ale nie mogłam mu odmówić jednego - zajebiście całował. I chciałam więcej. Znacznie więcej.

S.: Przepraszam za to u góry, poniosło mnie. Miało być krócej ale jak się rozpisałam to nie mogłam skończyć -.- Obiecuję że następna część oczyma Matt będzie krótsza, a Marcela sobie poużywa :D
Ściskam zapewne znad ciepłej plaży, S. :*
Happiness: Ja jakoś nie miałam weny do wyżywania się, więc u mnie taki krótki. Jak widać Patryk nie jest taki grzecznawy, jak go parapetówka malowała. xD Każda z nas gdzieś na własnym końcu świata, ale to już ostatnie chwile tej laby i czas powrotu zbliża się wielkimi krokami. :( Przesyłam moc buziaków i życzę udanego weekendu, Happiness :*

sobota, 20 lipca 2013

Czwarta kropla.




Matylda:

Pędziłam na swoim ścigaczu przez lekko zakorkowane ulice Olsztyna, sprytnie wymijając stojące samochody. Złorzeczenia kierowców w moją stronę traktowałam albo wystawieniem środkowego palca, albo dość niecenzuralnym słowem. Teraz naprawdę mogli mi naskoczyć. Jadąc ulicą Piłsudskiego, mimowolnie spojrzałam w stronę hali sportowej. Nieznacznie odetchnęłam z ulgą, nie widząc na horyzoncie Psich Tęczówek. Niezadowolona ze swojej słabości, postanowiłam doładować w żyłę trochę cukru. Może po zastrzyku glukozy moje myślenie stanie się bardziej racjonalne?

Siedziałam w drogiej kawiarni, pławiąc się w luksusowym świecie. Karta kredytowa od ojczulka nadawała się na takie okazje idealnie. Posłuchałam szczebioczącej kelnereczki w ledwo naciągniętej na chudy tyłek miniówie i zamówiłam rogaliki z kremem czekoladowym a do tego mocną kawę.
Zajadając w milczeniu, przyglądałam się współbiesiadnikom. Klientela typowa dla takich lokali - wymuskane paniusie na ploteczkach z przyjaciółkami, lub druga opcja - faceci w markowych garniakach, pochłaniający lunch w przerwie obiadowej. Osobnik z tego drugiego gatunku natrętnie mi się przyglądał. Kiedy skarciłam go spojrzeniem, poruszył obleśnie brwiami i oblizał spierzchnięte wargi. W jego mniemaniu było to "sexi -flexi". Wywróciłam oczami i z premedytacją pokazałam mu fucka, przy tym otwierając usta i ukazując zawartość jamy gębowej, w postaci zmielonej papki. Oburzony, szybko skończył swoją porcję i nie patrząc więcej w moim kierunku, poszedł zapłacić. W drzwiach zderzył się z wchodzącym właśnie dryblasem. Ku mojemu niezadowoleniu, a może i lekkiemu przerażeniu, był to Hain. 
- Co zajadasz? - spytał zaciekawiony, dosiadając się do stolika. 
- A ty co, komisarz śledczy? - wymamrotałam z pełnymi ustami, miętoląc w rękach resztkę rogalika - śledzisz mnie?
- Poznałem twój motocykl - ruszył głową w kierunku wyjścia - zawsze wracam z treningu tą trasą - podrapał się po brodzie, zafascynowany rozglądając po wnętrzu burżujskiej knajpy, finalnie zawieszając zaciekawiony wzrok na mnie - stać cię na żarcie w tej knajpie?
- No - odpowiedziałam lakonicznie, kończąc posiłek - mogę ci coś zamówić, bo widzę że zaraz zjesz tą serwetkę - zachichotałam, ocierając brodę z okruszków.
- W życiu! - zaprzeczył gorąco, wypuszczając miętoszony wcześniej materiał z wielkich łapsk.
- Kelner! - krzyknęłam na cały lokal, patrząc na niego wyzywająco. W momencie przybiegła truchcikiem ta sama blondyna co wcześniej, a na widok Piotra, bonusowo wywaliła cyce na wierzch. Śliniąc się do Psich Tęczówek, zaproponowała nam wykwintne francuskie dania, których nazw nawet nie potrafiłabym powtórzyć. Skrzywiłam się i kątem oka zauważyłam że Hain zrobił to samo.
- Paniusiu a nie macie zwykłego schabowego? - walnęłam prosto z mostu, wprawiając napaloną na siatkarza kelnerkę, w konsternację.
- W naszym lokalu nie serwujemy polskiej kuchni! - krzyknęła oburzona, wypluwając pogardliwie z napompowanych usteczek słowo "polska".
- No to się nie dogadamy - wzruszyłam ramionami z udawanym smutkiem - bo my chcemy wtranżolić prawdziwe mięcho, najlepiej z kiszoną kapuchą i ziemniakami - mrugnęłam do niej porozumiewawczo. Wzdrygnęła się z obrzydzeniem i wzięła ode mnie kartę kredytową, którą jej podałam, by zapłacić. 

Skończyliśmy w "Kuchni śląskiej" po drugiej stronie ulicy, gdzie uraczono nas prawdziwym i pysznym obiadkiem domowej roboty.
- Zawsze tyle jesz? - zarechotał Piter, odsuwając pusty talerz daleko od siebie.
- A i owszem - ukontentowana poklepałam się po pełnym brzuszku i osunęłam o oparcie krzesła. 
- To co robimy? - zatarł z zapałem ręce i podniósł swoje długie nogi, leżące jeszcze chwilę temu w poprzek przejścia. 
- Muszę wracać - skrzywiłam się na myśl o pogadance jaka mnie czeka od Rudej - mogę cię odwieźć na moim Mustangu -zaproponowałam z drapieżnym uśmieszkiem.
- Serio? - ucieszył się jak dziecko i pierwszy rwał do zakładania kasku. Już po chwili nie było mu do śmiechu, kiedy docisnęłam pedał gazu i wypruliśmy z piskiem opon w olsztyńskie ulice. Jego łapska mocno zacisnęły się wokół mojej talii a klatka oparła o moje pochylone plecy. Gdyby nie silny wiatr rozwiewający wszystko wokół, zapewne poczułabym jego przyjemny zapach i zrobiłoby mi się cieplej. Na szczęście przyrodnicza zasłona chroniła mnie przed kolejnymi chwilami zagapienia. Dłonie pasażera uczepiły się mojego ciała jeszcze mocniej, gdy ostro weszłam w zakręt. Chciałabym widzieć jego minę.Już nie byłaby taka pewna siebie jak przed momentem...
- No to pierwszą randkę mamy już za sobą - odłożył kask do schowka i ścisnął moją dłoń na pożegnanie.
- To nie była żadna randka, Hain - warknęłam - zwykły, przypadkowy obiad.
- Ja tam swoje wiem- zaśmiał się zadowolony z siebie i odskoczył gwałtownie, bo ruszyłam właśnie z piskiem opon spod jego bloku- nie wypieraj się, Mati! - krzyczał za mną, ale zagłuszył go hałas silnika.

Marcelina: 

- Halo?! – odebrałam telefon, przerywając sobie czytanie „Wichrowych wzgórz”, które tak Bella od Edwarda lubiła. – Czekaj na dole Zdzichu! – nakazałam koledze, po czym się rozłączyłam.
Leniwie założyłam moje zniszczone Converse i zeszłam na dół. Z łatwością sprzedałam dwie działki maryhy; statystyki z całego tygodnia były obiecujące i z pewnością zadowalające tatuśka – ja marudzić nie mogłam.
- Hej! – nie wiedzieć skąd przede mną wyrosła wysoka postać Patryka, uśmiechająca się od ucha do ucha, jakby ktoś wsadził mu w kieszeń upragniony talon na balon.
- Cześć – opowiedziałam zażenowana i ruszyłam w stronę domu; dziś miałam misterny plan na samotne obijanie się i tuczenie chipsami zapijanymi piwem, bez żadnych intruzów.
- Unikasz mnie? – odchrząknął.
- Ja? Skądże znowuż? – udałam głupią i weszłam do mieszkania zatrzaskując mu drzwi przed nosem – ja tylko wypełniam swój plan na dziś – krzyknęłam.
Pukania zagłuszyłam kawałkami Marylki ustawionymi na full.

- Tak bym chciała damą być, ach, damą być, ach, damą być i na wyspach bananowych dyrdymały śnić – zaśpiewałam.
- Serio damą? – podskoczyłam wystraszona, usłyszawszy zza pleców seksownie zachrypnięty głos.
- Myślałam, że nie wejdziesz – wbiłam w niego ostry ton. Po jaką cholerę wpycha się tam, gdzie go nie proszą? Do tego stał się dziwnie stanowczy, czego nie można było powiedzieć podczas pamiętnej imprezy.
- To źle myślałaś, Króliczku.
- Jak masz za mało królików, to zapraszam do zoologicznego – syknęłam.
Odwróciłam się na pięcie i poszłam do kuchni. Mój niechciany gość przyczłapał się zaraz za mną, usiadł przy stoliku i przyglądał mi się uważnie. Nie krępowało mnie to. Z racji mojej rudowłosej czupryny często zdarzało mi się zwracać na siebie uwagę. Najgorsze jest to, że jestem bardzo niecierpliwym stworzonkiem.
- Czego do kurwy nędzy chcesz, co? – ostrym koniuszkiem noża zatrzymałam się blisko jego twarzy, na co się cwaniacko uśmiechnął i wyjął  mi domniemany przedmiot zbrodni z rąk.
- Słodka jesteś, jak się złościsz – wstał, niwelując przestrzeń pomiędzy nami do minimum.
Mogłam poczuć mocny zapach perfum Hugo Bossa, miażdżące moje nozdrza. Odgarnął przeszkadzający mu rudy kosmyk, byśmy łatwiej mogli się mierzyć spojrzeniem.
- Przyszedłem po narzędzia, bo zostawiłem – odsunął się ode mnie i podążył do łazienki, zabrał co miał i wyszedł wołając spod drzwi zwykłe „cześć”. Przełknęłam głośno ślinę, stając zszokowana kilka minut i zastanawiając się, czy ta scena była naprawdę, czy to tylko sen.

Spojrzałam na zegarek wskazujący szesnastą. Matt już dawno powinna zjawić się w domu. Złego podobno licho nie bierze, dlatego też nie martwiłam się o swoją czarnowłosą siostrę. Po głowie chodził mi ten pieprzony Szczurek. Cała wkurzona starałam się zrobić coś pożytecznego. Zaczęłam od obiadu, ale spaliłam mielone, na które miałam tak zajebistą ochotę. W akcie desperacji zamówiłam pizzę, tracąc pół godziny na odpowiedni wybór. Wyjęłam schłodzoną Pepsi i zasiadłam przed telewizorem włączając sobie film grzejący się w DVD – "Szybcy i wściekli 6". 

- Nie weźmiesz kawałka? - spojrzałam zdziwiona na Matt, która przed chwilą wpadła zła do mieszkania i uwaliła się obok mnie.
- Nie jestem głodna - syknęła. 
Kto, jak kto, ale Matyldzia od pieluch była żarłokiem, który nigdy nie walczył z nadwagą. Jak była wściekła pochłaniała jeszcze więcej.
- Coś taka wzburzona? - próbowałam się dowiedzieć, kto zalazł za skórę tej ostrzejszej siostrze Czarnej.
- Jebany psiak.
Jak widać Piotr i Mati połknęli mój haczyk. Kiedy poznałam dryblasa, od razu stwierdziłam, że nada się na króliczka doświadczalnego mojej siostry i nie pomyliłam się. Od zawsze było wiadome, że Marcelina nie myli się w tych sprawach nigdy i wie, kogo z kim sparować. Sama jednak nie mogła znaleźć sobie takiego, co wytrzymałby z nią dłużej niż dwa pieprzone miesiące. Czyżbym była nazbyt upierdliwa?
- Od kiedy oglądasz kryminały? Kto ci dziś podpadł? 
Rozgryzła mnie, jak twardego orzecha.
- Szczuras - przyznałam po dłuższym milczeniu.
- Wiesz co? Nałóż mi, ja skoczę do kibla.

S.: Skreślam do Was dwa słowa, zanim odjadę w siną dal. Matt się złości na Haina, ale mimo wszystko chyba nie może się od niego uwolnić ;) Dziś "Kryzysowa", bo napędza naszą wenę jak żadna inna piosenka :D Następny rozdział doda się z automata! Całuję Was serdecznie, przejęta szałem pakowania, S. ;*
Happiness: W szale pakowania S. kompletnie zapomniała, iż ten rozdział również dodał się z "automata", a ona już od kilku dni okupuje bałtyckie plaże. Ja również jestem poza domem i odpoczywam na swym końcu świata, z dala od dostępu do komputera, mając internet jedynie w telefonie. ;) Piosenki Lady Pank wyśmienicie dodają weny na siostry Czarne, więc bardzo je polecamy! Trzymajcie się ciepło i korzystajcie z uroków lata! Ściskam Was, Happiness ;*

Kolejny 01.08 po 18 :D

poniedziałek, 8 lipca 2013

Trzecia kropla.



Marcelina:

Niecałą godzinę do imprezy poświęciłam na własne przygotowania. Przewaliłam całą szafę i nie znalazłam nic, co byłoby godne uwagi; to za długie, to do kosza, to… koronkowa kiecka w kolorze szmaragdu z odkrytymi plecami. Czy nie brzmi bosko i ponętnie? Szybko odgrzebałam szpiki na niebotycznie wysokim obcasie i kosmetyczkę, która znajdowała się pod łóżkiem. Jaki imbecyl ją tam wepchnął, do cholery?
- Pindzia, wyłaź! – zaczęłam walić w drzwi łazienki.
- Stul dzióbek laluniu – odgryzła się Matt, uwalniając w końcu prysznic – i tak ci się dostanie! – usłyszałam, zanim pomieszczenie wypełnił dźwięk kropli wody odbijających się o ściany prysznica. Włączyłam speed’a i w ciągu piętnastu minut byłam prawie gotowa.
- Mój najukochańszy stworeczku! – płaszczyłam się przed siostrą, która śmiała się ze mnie w głos – Umalujesz Marcelinkę? – zatrzepotałam rzęsami.
- Chyba sobie kpisz! – zaprzeczyłam automatycznie głową – Wrobiłaś mnie w tego szczeniaka, a teraz co?
- Wcale nie jest taki młody, za jakiego go bierzesz - wystawiłam język dla dodania ostrości, ta tylko prychnęła. Nie omieszkałam objechać jej wzrokiem; mała czarna idealnie układała się na smukłym ciałku. - Gdybym nie była twoją siostrą, zdecydowanie bym cię brała – stwierdziłam fakt.
- Siadaj i mnie nie wkurwiaj! – zdecydowanym ruchem rąk posadziła mnie na pobliskim krześle i zrobiła, to co podpowiadała jej artystyczna intuicja.

Byłam pewna, że Damian przyprowadzi nam kolegów w stylu Robcia, ale grubo się myliłam. Oznacza to, że moja wystrzałowa kiecka będzie miała idealne zastosowanie.
- Siostrzyczko, a tobie co? – miała zdecydowanie dziwną minę. – Wyczekujesz kogoś? – gwałtowna reakcja zdradzała, że dotknęłam czuły punkt. – Przyjdzie. Napisał sms’a, że się spóźni - zdecydowanie wiedziałam, gdzie strzelać; znałam swą siostrę jak własną kieszeń.
- Lepiej, żeby go tu nie było – odburknęła, zatapiając swe malinowe usta w kieliszku czystej; jechała na ostro, bez żadnego popijania, czy zagryzania.
- Nie ukryjesz tego przede mną, wiem, że wpadł ci w oko – uwielbiałam się z nią droczyć. By mieć ostatnie zdanie, uciekłam otworzyć drzwi nowym gościom.
- Wchodźcie! – zaprosiłam do środka stojących zza drzwiami wystrojonych dryblasów i jakieś dwie dziewczyny. Wraz z ich pojawieniem, uniosła się mieszanka woni mocnych markowych perfum. Nie mamy do czynienia ze zwykłymi biednymi studentami, a to bardzo przydatna uwaga.
- Bartek Mariański, Bartek Krzysiek z Martyną i Wojciech Ferens z Joanną  – przedstawił po kolei chłopaków – A to Marcelina Czarna – przywitaliśmy się uściskiem dłoni. Ruchem ręki zaprowadziłam ich do salonu, gdzie znajdowała się cała ekipa. Piotrek bardzo szybko zniknął w tłumie, jak podejrzewałam poszedł przywitać się z Matt; jak widać mój misterny plan posuwa się do przodu.

Każdy bawi się wyborowo, a tymczasowy DJ podsyła nam świetne kawałki do tańca. Okręciłam już chyba większość męskiego towarzystwa, omijając Robcia; chłopak widocznie przeliczył swe pijackie umiejętności i upił się w dość szybki sposób; śpi potulnie w hallu, gdzie nikt mu nie przeszkadza. Postanowiłam nie przerywać dłużej swej zabawy, dlatego też udałam się do stolika z alkoholem, by nawilżyć swe gardło. Dołączył do mnie przystojny Mateusz, z którym to zechciałam spędzić resztę wieczoru. Był bardzo zabawny i dobrze mu patrzyło z oczu, a to duży plus.
- Marcelina! – krzyknął ktoś z łazienki. Piorunem poleciałam zobaczyć co się dzieję; moim oczom ukazała się tryskająca woda prosto spod nowiuśkiej umywalki. Już miałam tamować wyciek jakimiś szmatami, gdy Piotr skutecznie mnie zatrzymał. Upewniwszy się, że się że się za to nie zabiorę zdjął rękę z mego ramienia i odszedł w cichsze miejsce by zadzwonić.
- Zaraz będzie pomoc – przerwał mi w bezradnym wpatrywaniu. Przyjąwszy do wiadomości, poszłam szukać jakiś szmat. Reszta towarzystwa zdawała się nie przejmować tym losowym fo pa.
Nawet nie zauważyłam, że do naszego mieszkania wpadł jakiś nowy osobnik; mimo swych rozmiarów, zwinnie mocował się z popsutą armaturą. Od tyłu wyglądał całkiem, całkiem. Drugim wybawicielem był psiakowaty wielbiciel Matt.
 - Gotowe – zdumiona szybkością spojrzałam w niebieskawe oczęta hydraulika; w połączeniu z przyjemnym uśmiechem sprawiały zniewalające wrażenie. – Patryk – podał mi swą dłoń, którą z przyjemnością uścisnęłam. 
- Marcelina - powiedziałam wyrwana z chwili letargu. - Może zostaniesz na imprezie? - użyłam swojego uroku, by nie zechciał zmyć się zbyt szybko. Poddał się i kiwnięciem głowy zgodził na moje zaproszenie. 

- Może już wystarczy tego alkoholu? - wyszeptał Szurek, podczas spokojnego tańca, którego wolałam uniknąć. Byłam miła, ale nie musiał się mnie, aż tak kurczowo trzymać.
- Ależ ja dopiero się rozkręcam - puściłam mu oczko. Na jego twarzy zniknął uśmiech, dając miejsce grymasowi. 
- Marcelina, proszę! - gdzieś głęboko w mojej głowie zaświeciła się czerwona lampka.
- Nie zapędzasz się przypadkiem? Jestem tylko twoją koleżanką, a ty moim kolegą, nic więcej - wypowiadałam wyraźnie i powoli każde słowo, by to do niego dotarło. Oderwawszy się od jego, na oko, dobrze zbudowanej postury, poszłam do kuchni po fajkę i jakiegoś drinka. Zabierając asortyment wyszłam niepostrzeżenie na zewnątrz, by w samotności i bez żadnego ogona chwilę pokontemplować z naturą. 

Matylda:

Fakt, może na chwilę się zawiesiłam i wzrokiem szukałam Pieseczka. Ale to była jedynie minutka zapomnienia, bo zaraz pojawił się mój nowy kumpel z dołu - Damian. Ten to miał gaz! W szybkim tempie tankowaliśmy czystą, nie zważając na okrzyki zdumienia ludzi wokół. Z każdym kolejnym łykiem wódki, jego oczy wydawały mi się coraz piękniejsze, a głos - bardziej zmysłowy. Rumor i zamieszanie w okolicach drzwi nie mogły przerwać naszej wesołej rozmowy podszytej erotycznymi podtekstami.
- Witaj Matyldo - usłyszałam aksamitny głos, który wywołał mój lekki niepokój. Hain.
- Cześć - wyglądał o niebo lepiej w kraciastej koszuli i ciemnych dżinsach. Nawet z takiej odległości wyczułam zapach markowych perfum.
- Nie przedstawisz mnie swojemu koledze? - zmierzył Damiana ostrym wzrokiem ze swoich dwóch metrów.
- Wybacz ten nietakt, tato - skrzywiłam się ironicznie - Damian, to jest Piotr. Piotr, Damian, mój przyjaciel - o tak, zrobiłam to specjalnie. Wiedziałam że w hierarchii ważności Hain mógł się poczuć opcją drugoplanową, na tym mi zależało. A na słowa „przyjaciel”, sąsiad objął mnie w pasie z miną pełną wyższości, drugą ręką ściskając ogromną łapę Piotrka. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, niemal czułam lecące wokół iskry. W końcu Damian się ugiął i spojrzał na mnie.
- Idziemy potańczyć? - chwycił mnie za rękę, na co skinęłam twierdząco głową i dałam się poprowadzić na parkiet w naszym zacnym salonie. Do końca czułam palący wzrok Haina na swoich plecach. Wiedziałam że nas obserwuje, dlatego pozwalałam sobie na coraz więcej. Wypity alkohol rozgrzewał moje ciało, odbierając resztki przyzwoitości. Ale kiedy usta Damiana znalazły się na mojej szyi, a obie ręce zacisnęły na pośladkach, zdecydowanie przerwałam tę seksualną grę. To nie był ani czas, ani miejsce na tańce rodem z burdelu. Zostawiłam niepocieszonego Damianka w tłumie tańczących i poszłam do kuchni. Na widok Haina, zajadającego kiełbasę z majonezem, miałam ochotę zrobić nagły w tył zwrot. Ale nie chciałam wyjść na pieprzoną idiotkę, która ucieka przed facetem. Zdecydowanie podeszłam do niego, i wyrwałam mu z dłoni resztkę Sopockiej, która była moim ulubionym przysmakiem. Usadowiłam się na blacie kredensu i zajadałam, przyglądając się jego pociągłej buzince.
- Dobre? - zagadnął, podając mi otwarty słoik majonezu.
- Yhm - wymamrotałam z pełną buzią - kocham kiełbaskę.
- Widać - zachichotał, gdy ubrudziłam sobie brodę. Chwycił w dłoń papierowy ręcznik, wstał szybkim ruchem i delikatnie wytarł nieczystą część ciała.
- Co ty… - próbowałam protestować, ale mocno chwycił mój podbródek w wielką dłoń i dokończył dzieło. Jednak zamiast odsunąć się, jak należało, zajrzał mi w oczy, wciąż unieruchamiając moją twarz. Ciemne jak węgiel tęczówki iskrzyły tuż przy moich, a pełne usta niebezpiecznie łapały oddech zbyt blisko moich warg.
- Dobrze się bawiłaś z tym kmiotkiem?- wyszeptał, aż przeszył mnie przyjemny dreszcz podniecenia.
- Zdecydowanie… - wymruczałam, kładąc dłoń na jego klatce piersiowej - a co, zazdrosny jesteś?
- Chciałabyś - warknął i puścił mnie. Z żalem wciągnęłam powietrze, w którym pozostał jeszcze jego przyjemny zapach.
- Mam cię - zachichotałam i klasnęłam w ręce. Mimo tak krótkiego stażu znajomości, już wiedziałam że uwielbiam go denerwować. 
Krzyki dobiegające z łazienki skutecznie przerwały naszą już i tak zepsutą rozmowę. Pobiegłam w tamtym kierunku, a Piotrek podążył statecznym krokiem za mną. Zajebiście. Ktoś rozpieprzył nam umywalkę. Jednak Hain zachował zimną krew i opanował sytuację. Zadzwonił po jakiegoś kumpla, który umiał babrać się w takich rzeczach. A Marcyś pobiegła po szmaty do tamowania fali. Ja tylko stałam oparta leniwie o framugę i przyglądałam się całemu zamieszaniu z dziką satysfakcją. Kocham jak się dzieje. A Piotr w zakasanych rękawach, i ten nowy, Patryk czy jakoś tak, w roli wybawicieli mieszkania sióstr Czarnych to iście Fredrowski widok.

Brakowało mi tylko kiełbaski. Już miałam szybko po nią skoczyć do kuchni, ale panowie, a w zasadzie Patryk, zakończył brudną robotę. Z racji tak cudownego wybawienia nas od powodzi, został zaproszony przez ewidentnie zauroczoną nim Marceliną, na domówkę. Nie mógł odmówić jej sarnim oczkom, wpadł po uszy. Siostrzyczka od razu zakręciła się wokół nowego, bardzo atrakcyjnego gościa i pociągnęła go do tańca.

Bawiłam się w towarzystwie nowych znajomych, którzy zachowywali się coraz zuchwalej. Stwierdziłam że już czas. Można rozpocząć właściwą pracę. Szukając wzrokiem Marcysi, nie mogłam nie zaważyć samotnie stojącego Patryka, z którym niedawno jeszcze tańcowała. Podeszłam do niego i zagadnęłam o siostrę.
- Też jej właśnie szukałem - westchnął lekko zawiedziony. Oho, czyżby już na wstępie Marcelinka go olała? Szkoda, wydawał się dość obiecującą partią...
- Nie bój nic, znajdę tą rudą Małpę - poklepałam go pocieszająco po ramieniu i ruszyłam swoje cztery litery w poszukiwaniu zaginionej. Znalazłam ją przed blokiem, siedzącą w kucki i fajczącą powoli L&M' a.
- Siostra, rycerz na białym koniu cię szuka - zarechotałam.
- A niech se szuka, teraz palę - machnęła na mnie ręką.
- Wydawał się całkiem w porządku... - dosiadłam się do niej i wyjęłam papierosa z leżącego na schodach opakowania. Ruda zapaliła mi, i razem zaciągałyśmy się niezdrowym, acz bardzo odprężającym dymem.
- Jakiś taki nadopiekuńczy - skrzywiła się, gasząc peta.
- Zaraz go rozkręcimy - mrugnęłam do niej porozumiewawczo- czas na naszą robotę, Marcyś. Masz klucz od piwnicy?
Zeszłyśmy do pomieszczenia w egipskich ciemnościach, by nie budzić jakichkolwiek podejrzeń. Dopiero w środku, za zamkniętymi drzwiami, zapaliłyśmy światło.
- No to ile bierzemy tego świństwa?- Ruda spojrzała na mnie pytająco.

S. : Dochodzimy do tego bardziej utajonego powodu zamieszkania sióstr Czarnych w centrum Olsztyna. Starcie na linii Matt - Hain pozostawiam już Waszej opinii. Jest i Szczuruś, którego ostatnio bardzo polubiłam :D Pozdrawiam z leniwego Krakowa, objedzona babcinymi obiadkami, S. :*

Happiness: Jak widać Marcelina również została wtopiona w lekko nadopiekuńczego Patryka. A takie osiedle tylko w mym kochanym Olsztynie :D Jak ktoś chce wpaść to zapraszam, ale pamiętajcie, że mamy niezwykle kąśliwe komary, czego doświadczyłam na własnej skórze ;P Także czytajcie, komentujcie i motywujcie! Pozdrawiam spod mazurskiego nieba, Happiness ;*

Buziaki, H&S

niedziela, 30 czerwca 2013

Druga kropla.



Marcelina: 

Jak każdego ranka, tak i dziś zabawny budzik z Kermitem właśnie rozbrzmiał po moim pokoju, nakazując pobudkę. Wstałam jak na rozkaz rozstrzelania, zawlekłam się do łazienki, szybko przebrałam w dres i poszłam pobiegać. Okolica miałyśmy iście sprzyjającą porannym wypadom, które były moim nałogiem. Ulicą Popiełuszki, ominęłam nasze małe osiedle i skierowałam się wzdłuż drogi, którą dobiegnę do rzeki - słynnej warmińskiej Łyny. Nie raz pływaliśmy po niej kajakami, do czego chętnie wrócimy w sezonie. Podeszłam do brzegu, w celu odpoczynku i kontemplacji z naturą a'la Marcyśka. 
- Myślałem, że tutaj nikt nie przychodzi - z rozmyślenia wyrwał mnie męski głos z nutą lekkiej chrypki. Spojrzałam na niego kątem oka; szczupły, zabójczo wysoki, z szerokimi barkami i uwydatnionymi rysami twarzy oraz czupryną, którą musiał ukraść jakiemuś psiakowi; w połączeniu z zieloną bluzą sprawiał wrażenie nieostrzyżonego kundla bez panienki.
- A co, boisz się, że cię zgwałcą? - chłopak zaśmiał się perliście w odpowiedzi i zajął miejsce obok, nie pytając nawet o zgodę. Już podpadł Marcelince!
- Mężczyzn nie gwałcą - stwierdził pewnie po dłuższym namyśle.
- Żebyś się nie zdziwił - zmierzyłam go surowym wzrokiem, po czym wyrwałam trochę trawy z podłoża i rzuciłam przed siebie.
- Piotr Hain - niespodziewanie wyciągnął swą olbrzymią rękę.
- Marcelina - podałam dłoń, którą lekko uścisnął, później zostawił na niej prawie nieodczuwalny odcisk ust. Czyli mamy do czynienia z dżentelmenem, albo udawanym dżentelmenem.
- Jesteś stąd? - starał się podtrzymać rozmowę, na którą niespecjalnie miałam ochotę.
- Tak. A ty?
- Nie. Pochodzę ze Śląska, a w Olsztynie jestem od trzech lat. - również zaczął bawić się trawą, co było oczywistym zjawiskiem na takim terenie.
- Muszę wracać - spojrzałam kątem oka na zegarek spoczywający na jego lewym nadgarstku; czas naglił.
- Odprowadzę cię - wstał pierwszy po czym pomógł mi postawić się do pionu. Nie sprzeciwiałam się, gdyż uknułam w swojej rudawej głowie pewien genialny plan. 
- Co robisz wieczorem? - niespodziewanie przerwałam ciszę, jaka nam towarzyszyła od kilku minut.
- Nic - stwierdził po chwili dłuższego namysłu.
- Jeżeli masz ochotę na imprezę, to zapraszam na parapetówkę dziś o osiemnastej.
- Ok. Wpisz mi swój numer - podał mi nowoczesny telefon, w którym zapisałam rząd cyferek. To samo nakazałam jemu, co zrobił równie sprawnie. Ruszyłam z miejsca, gdy tylko odzyskałam swą własność. Ruchem ręki dałam znać, że może biec ze mną; przecież nie zostawię takiego ciasteczka na środku drogi.

- Cześć siostrzyczko - zaświergoliłam wesoło w kierunku Matyldy, która grzebała się przy swoim ukochanym motocyklu. - poznaj Piotrka - wskazałam na opierającego się o drzwi garażu chłopaka, któremu wyraźnie zaświeciły się oczka na widok czarnowłosej.
- Matylda Czarna - podeszła do niego, uprzednio wycierając ręce ubrudzone smarem o czystą szmatę.
- Piotr Hain - tym razem też zachował się jak dżentelmen; zbytnio nie zabłysnął tym poczynaniem w oczach Matt. - Pierwszy raz widzę, żeby dziewczyna grzebała w motocyklu - zamyślił się, jakby miał coś jeszcze ciekawego do powiedzenia.
- To obudź się z tego nieszczęsnego letargu i patrz, jak to się robi - zaczęła demonstrować swoje poczynania, na których ja totalnie się nie znałam. Do Matyldy należało moje autko; w razie jakichkolwiek problemów, ratowała mnie i mojego krwistoczerwonego garbusa z opresji.
- Miśki, zostawiam was samych. Pogaworzcie sobie o tym... no nie znam się - siostra posłała mi piorunujące spojrzenie; nie była zadowolona, że zostawiam ją sam na sam z wielkoludem. Nie jest bezwładnym dzieckiem, więc powinna sobie poradzić; sióstr Czarnych nie złamie byle chucherko! - Do zobaczenia na imprezie - machnęłam ręką na pożegnanie i zmyłam się z wnętrza garażu. Wsiadłam do mojego "Stasia", który nienagannie prezentował się na parkingu pod naszym zajebistym w każdym calu blokiem i pognałam do Reala na super bigaśne, i do tego bardzo samotne zakupy imprezowe. Przydałby mi się ogier do tachania.

Matylda: 

No tak. Oczywiście Marcyśka musiała zostawić mnie z tym amantem sam na sam. Nie mam nic przeciwko udzielaniu prywatnych lekcji mechaniki motocyklowej, ale nie takim kmiotkom! Który normalny facet całuje dziś dziewczynę w rękę? Brudną ze smaru? Hę? Nie spodobał mi się od początku ten dryblas o psich oczach. A ta rozczochrana fryzurka a'la rockman z lat 80. to już totalnie wyrwana z czasoprzestrzeni. Zdecydowanie wolę facetów w skórach z niebezpiecznym błyskiem w oku. A ten tutaj, w dresiku i za dużej bluzie, przypominał jedynie przerośniętego patyczaka. Okej, nie mnie oceniać, może pod warstwami ubrań kryły się bicepsy i godne oglądania kaloryfery, ale nie wyglądał mi na takiego. A już to, że siostra zaprosiła go na parapetówkę budziło mój wewnętrzny sprzeciw. Rozliczę się z nią w domu, oj rozliczę! Złorzecząc w myślach i mamrocząc pod nosem na przemian: "ruda małpa", "kurwica, nie siostra", "nogi z dupy powyrywam", krążyłam po garażu, przynosząc sobie odpowiednie narzędzia do dalszej pracy.
- I co tak stoisz, hm? - wzięłam się pod boki, mierząc bruneta wzrokiem.
- Może ci pomogę? - wyraził chęć współpracy.
- A umiesz? - spojrzałam ironicznie, patrząc jak nieudolnie chwytał śrubokręt i ważył go w ręce.
- Kiedyś pomagałem ojcu grzebać w samochodzie- wzruszył ramionami i dmuchnął sobie we wpadające do oczu włosy.
- To musiało byś w czasach prehistorii - zaśmiałam się złośliwie, rejestrując jego poczynania - Widzę że śrubokręt trzymałeś w ręce ostatni raz w przedszkolu, bawiąc się w mechanika - zadrwiłam i zabrałam mu z ręki mojego ukochanego Yato. Uklękłam nad tylnym zderzakiem i zaczęłam gmerać w miejscu gdzie był luz - Będziesz tak kontemplował do końca świata, czy może chcesz się czegoś nauczyć? - wymruczałam znad plątaniny śrub i brudnych części. Po chwili poczułam jego głowę niemalże na swoim ramieniu. Przyjemny zapach perfum wdarł mi się w nozdrza, a niesforne kosmyki łaskotały mnie w szyję. To było... bardzo miłe. Przez moment jego ramię dotknęło mojego, aż miałam ochotę się o nie oprzeć. Odwróciłam głowę w jego stronę i utonęłam w ciemnych, ogromnych tęczówkach. Psie spojrzenie? Skąd. Teraz jedynie łobuzerskie i pewne siebie wejrzenie. Musiał wyczuć moją chwilową słabość, bo uśmiechnął się triumfalnie.
- Widzisz Matyldo, jednak nie jestem takim nieudacznikiem jak ci się wydawało - szepnął niskim głosem tuż koło moich ust.
- Wcale tak nie powiedziałam - zaprzeczyłam gorąco.
- Ale pomyślałaś - wymruczał, a ja nie umiałam już zaoponować - może nie znam się na motocyklach, ale za to znam się na kobietach - przeszył mnie miły dreszcz, gdy zaczął wodzić swoim długim palcem po moim nagim ramieniu. Otrząsnęłam się z tej chwili niemocy, totalnie zła na siebie.
- Lepiej już idź, Hain - wstałam i odeszłam na drugi koniec garażu.
- Nie bój się, nic ci nie zrobię - uśmiechnął się drapieżnie i puścił oczko.
- Dla twojej wiadomości, matole, niczego się nie boję - zacisnęłam ręce w pięści, wściekła na siebie a przede wszystkim na tego wielkoluda, który zaczął mnie intrygować bardziej niżbym sobie tego życzyła.
- Już ja tam swoje wiem, Kotuś - wyszczerzył się ostatni raz i wyszedł z garażu - Widzimy się wieczorem! - zawołał jeszcze na odchodnym. Matt, co się z tobą dzieje?! Jakiś psi podrywacz potrafi wytrącić cię z równowagi przy pierwszym spotkaniu?! O nie, tak nie będzie. Dziś mu pokażesz jak bardzo się pomylił w stosunku do twojej osoby!


***

Marcelina się postarała. Nakupiła tego żarła jak na oddział wojska, zajechała wypchanym garbusem pod dom i zatrąbiła na całe osiedle. Tak, oczywiście to ja mam jej pomóc nosić, bo nikogo chętnego nie widać.
- Więcej się nie dało, nie? - warknęłam zła, widząc te nieskończone ilości chipsów, paluszków, skrzynki wódki i piwa.
- Jak parapetówka sióstr Czarnych, to tylko z pompą, nie? - zaszczebiotała zadowolona  z siebie, aż miałam ochotę ją udusić gołymi rękoma. Wciąż byłam zła po feralnym garażowym zajściu. Wzięłam pierwszą z brzegu siatę, i niemal ugięłam się pod jej ciężarem. Zacisnęłam zęby i ruszyłam po schodach do mieszkania. Niemal zderzyłam się z równocześnie wychodzącym z dwójki wysokim szatynem. Widząc jak uginam się pod ciężarem feralnej torby, natychmiast wyjął mi ją z dłoni.
- Damian jestem - w ramach wyjaśnienia podał mi wolną rękę - a ty jesteś jedną z tych nowych sióstr, prawda?- uśmiechnął się miło.
- Matylda, lepiej Matt - odwzajemniłam uścisk i poprowadziłam go do mieszkania.
- O, widzę że szykujecie wypasioną imprezkę! - zatarł ręce, gdy już odstawił na stół kuchenny siatkę.
- Czuj się zaproszony, Damianie - skinęłam głową z szerokim uśmiechem - Możesz przyprowadzić pozostałych sąsiadów, bo nikogo jeszcze tu nie znamy.
- Nie bój nic, jeszcze dziś sprowadzę wam tu doborowe towarzystwo! - zaśmiał się i ruszył do drzwi - To ile jeszcze macie tych tobołów?
- Sporo, szczególnie tych alkoholowych - ruszyłam porozumiewawczo brwiami.
- No i to rozumiem! - zbiegliśmy szybko po schodach, zatrzymując się pod mieszkaniem Damiana - Robercik, wyłaź! - walnął pięścią w drzwi, przywołując swojego współlokatora - pomoże nam chłopak - zwrócił się do mnie, na co tylko skinęłam głową. Po chwili moim oczom ukazał się równie sympatyczny, aczkolwiek niższy i bardziej krępy szatyn, z "naukową" urodą. Wyprowadziłam moich darmowych tragarzy do Marcysi, która męczyła się z wypakowywaniem zakupów na chodnik.
- Siostra, poznaj naszych nowych kumpli, oto Damian i Robercik - przedstawiłam ich sobie, po czym wespół w zespół powynosiliśmy nasze zaopatrzenie do mieszkania z numerem 6. Zapowiada się iście szampańska zabawa!

S. : Na wstępie przepraszamy za zwłokę, to wszystko z mojej winy, ale ostatni czas nie był dla mnie zbyt twórczy, ani pozytywny. Teraz mam nadzieję ruszymy już pełną parą, w końcu mamy wakacje! :)
Z kim się widzę 5 lipca? :D

Happiness : Ze mną to Ty się Klonie nie widzisz :( Ale tym, co mogą widzieć mecz na żywo zazdroszczę! ;) Dziś liczymy na dobrą grę naszych chłopców w moim kochanym Gdańsku, a najbardziej na wygraną! :D